Obserwatorzy

wtorek, 25 czerwca 2019

chciałeś tanio, to masz tanio

Przechodziłem obok taniej speluny. Wszedłem by napić się taniego drinka. Podszedłem do baru, który był równie kiepski jak cała ta melina. Rozejrzałem się wokół. Same zachlane mordy i tanie dziwki. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Zamówiłem whisky bez lodu, zasiadłem na chwiejącym się krześle. Wtem dosiadła się do mnie jakaś kiepskiej jakości dziwka. -Postawisz mi drinka?- zapytała. Przechyliłem całą zawartość szklanki po czym poprosiłem kelnera o kolejnego drina. Dostałem . Wychyliłem. Poczułem szum w głowie. Zamówiłem kolejne trzy. Dziwka siedziała cały czas przy mnie. Muzyka wyła z głośników. Ja piłem ta czekała aż postawię jej drinka. Miałem już dobrze w czubie. -Najpierw musisz ze mną zatańczyć- powiedziałem chwiejnym głosem. -Tango? Właśnie płynęło z głośników. -Nie, bo za tango mogę trafić do więzienia- oznajmiłem zamawiając kolejnego drina. -Co ty pierdolisz?- zapytała. Milczałem. -Ok- powiedziałem po namyśle. -Ale jak mam z tobą zatańczyć jak ty jesteś już kompletnie pijany. Z pijanym nie tancze. -Tu są wszyscy pijani więc nie masz wyjścia. Panna oparła głowę o blat stołu. Po chwili podniosła łeb, spojrzała na mnie i rzekła. -No do bobra, tancze.

czwartek, 13 czerwca 2019

Patron naszej ulicy

W kwestii kolorów jestem niezłomny. Uwielbiam soczysty niebieski, wpadający w żółć. Są jednak sprawy o wiele ważniejsze niż moje upodobania do kolorów. Sprawa dotyczy mianowicie jednej z ulic, a konkretnie jej nazwy. Każda ulica, rondo, park czy nawet skwer noszą jakąś nazwę. Gdyby tego nie miały, byłyby nijakie, niczyje, nieswoje, żadne. Poza tym ludzie muszą wiedzieć gdzie się znajdują, ponieważ w przeciwnym razie tracą poczucie rzeczywistości. Ale dość wstępu(dość nudnego)- nawiasem mówiąc. W moim mieście powstała ulica jak wspomniałem. Wcześniej były tam łąki, pola, pastwiska. Ale miasto rozbudowało się potężnie i dołączyło owe tereny pod swe skrzydła- mówiąc słowami poety(ale którego, to nie wiem) Budynki postawiono, asfalt wylano, ludzi wprowadzono, ale okazało się, że ulica nie ma nazwy. Jak może być ulica bez nazwy!?- grzmieli mieszkańcy słusznie. Na ten apel zareagowała natychmiast rada miasta. Jednak powstał kolejny problem. Jak nazwać taką ulicę. Wszystkich możliwych patronów już miasto wykorzystało do innych ulic. Każdy bohater, poeta, budowniczy byli już przypisani. Co robić?- zastanawiali się radni. Podczas jednej z narad nad nazwą ulicy, jeden z radnych wyczytał, że owe tereny (zanim stały się osiedlem) były niegdyś oblegane przez artystów. Okolice dzisiejszych blokowisk w dawnych czasach napawały ich serca duchem twórczym. Jednak nikt nie znał konkretnego artysty, zwłaszcza sławnego, który tworzył we wspomnianych okolicach. Kolejny radny wpadł na pomysł, by nadać owej ulicy nazwę imienia artysty, który się jeszcze nie narodził. Pomysł okazał się genialny. Po pierwsze ustalono, że skoro w te okolice schodziło się ich bardzo wielu, to żaden nie może mieć żalu nawet po śmierci, że nie nazwano jego imieniem wspomnianej ulicy. Rada ustaliła, że mieszkańcy również będą zadowoleni, gdy będą mieszkać przy ulicy, mającej w swej nazwie imię i nazwisko jakiegoś artysty. Bo to i prestiż duży i ładnie brzmi. Ale jakie imię dać nienarodzonemu jeszcze artyście? -Musi być ładne i wpadać w ucho. Coś jak Matejki czy Malczewskiego- ktoś oznajmił. Dumali, dumali i wydumali, że ładne imię dla artysty będzie Wit Pol. Krótkie i wpada w ucho- krzyknął któryś z radnych. Pozostali radni odkrzyknęli zgodnie, że faktycznie imię i nazwisko wpada tam gdzie trzeba. Kolejna debata, dotyczyła tego jakim artystą będzie patron. -Malarz- któraś radna rzekła. -Tak, malarz będzie idealny, bo rzeźbiarz to jakoś mało dostojnie, poza tym ,to były kiedyś malownicze tereny, więc malarz jak najbardziej- uradzili. -Ale jakimi obrazami się zasłuży?- pytano. W zasadzie pytanie słuszne. -Nasz patron Wit Pol to wspaniały artysta, który sławić będzie te tereny i tę ulicę pięknymi obrazami, jakich nikt nie widział do tej pory! To nic- krzyknął radny z wąsem -To wyjątkowy talent, nietuzinkowa osobowość, a poza tym artysta na miarę tych największych z przeszłości- dodał dumnym głosem. -Co więcej. Jeszcze się nie narodził taki, który by mu dorównał swym talentem, dlatego Wit Pol zasługuje na to, by objąć patronat naszej nowej pięknej ulicy! Po wielogodzinnych naradach i przyjęciu nazwy ulicy imieniem nienarodzonego artysty, były brawa, gratulacje dla zaangażowanych w sprawę i w końcu napisano we wniosku końcowym uzasadnienie: My, zgromadzeni w dobrej i słusznej sprawie jaką jest nadanie nazwy naszej wspaniałej malowniczej niegdyś ulicy, ogłaszamy ją patronem przyszłego wielkiego formatu artysty, który swym imieniem nie będzie szczędził wysiłków by godnie reprezentować nasze miasto, nawet w kolejnych pokoleniach. Ulico! Nadajemy ci imię Wita Pola! Sztuka ma wielką przyszłość! A ja nadal twierdzę, że uwielbiam kolor soczysty niebieski wpadający w żółć.

niedziela, 9 czerwca 2019

Podróż w czasie, starą drezyną

Stojąc na przystanku, czekałem na tramwaj. Zimne powietrze wczesnej jesieni wwiewało mi się pod płaszcz. Poczułem się jak Merlin Monroe na ustawianym pod publikę filmie , gdy ta stała nad ulicznym włazem, z którego wyziewy unosiły jej sukienkę, a ona z miną niewiniątka, obnażała swoje wdzięki, udając, że ten figlarny powiew z kanalizacji miejskiej, to zwykły zbieg okoliczności . Tyle, że ja się sztucznie nie uśmiechałem do kamer, bo ich nie było. Uśmiechnąłem się do siebie. Nagle zamiast tramwaju podjechała stara drezyna. Za jej sterczącymi szeroko na boki pałąkami, siedział w wygodnym fotelu starszy mężczyzna pod wąsem, eleganckim garniturze, muszce pod szyją i czapką spod której wystawały mu siwe włosy. Gość wyglądał jak oddźwierny z wysokiej klasy hotelu, a nie jak ktoś, kto macha na przemian wajchami, wprowadzającymi topornego czterokółkowca w ruch, po tramwajowych szynach. Skinieniem głowy zaprosił mnie, bym zajął miejsce tuż za nim. Wsiadłem ku swojemu zaskoczeniu. -Ale ja czekam na tramwaj drogi panie- moje słowa zabrzmiały jak tłumaczenie się przedwojennej służącej z tego, że zapomniała przynieść z kuchni śmietanki do kawy swojemu panu, u którego służyła od dziesięciu lat i od dziesięciu lat nigdy nie zapominała o śmietance. Ponownie się uśmiechnąłem. Drezyna cichutko ruszyła przed siebie. Delikatny wiatr chłodził moją głowę. Rozglądałem się na boki, jakbym pierwszy raz widział to miasto. Chociaż…? -Wie pan że tu swego czasu zgubiłem but- nagle oznajmiłem mężczyźnie za sterami, wskazując skinieniem głowy pobliskie skrzyżowanie. -A tu- pokazałem ruchem dłoni kolejne miejsce- stała budka z lodami. Pamiętam ich smak do dziś. Westchnąłem, słysząc świst wciąganego powietrza w nosie. -Tam złamałem nogę, a tu pocałowałem pierwszy raz kobietę. Facet nie reagował na moje słowa. Może to i lepiej- pomyślałem- przecież to moje wspomnienia i cóż one mogą go interesować. -Ale chwileczkę! Dlaczego właściwie zabrał mnie pan z przystanku?- zapytałem ocknąwszy się z zadumy. -Wie pan co to klepsydra?- zapytał nagle kierowca drezyny. -Owszem- odparłem zdumiony jego pytaniem. – Właśnie jest pan miałkim piaskiem w tej klepsydrze i przesypuje się z jednej części szklanej banieczki do drugiej. -Nie czuję się jak miałki piasek- żachnąłem się, ale moje żachnięcie nie było wiarygodne. Bardziej brzmiało, jak słowa zaskoczonego faceta, którego zapytano w ulicznej sondzie- ile kilometrów kwadratowych ma Alaska. -Ale pan nim jest- odparł mężczyzna, bezustannie machając pałąkami drezyny. -Jeszcze nigdy nie byłem piaskiem, tym bardziej w klepsydrze. Moje ciało nie czuje się jak przesypujący się piasek w zamkniętej bańce z wąskim gardłem. Nagle facet zatrzymał drezynę. -Może pan wysiąść. Jest pan zadowolony?- oznajmił miłym głosem- jakby pytał, czy smakowało mi jedzenie w drogiej restauracji. -Dziękuję- odparłem, po czym wysiadłem z drezyny. Przeszedłem bez słowa kilka kroków wzdłuż ruchliwej ulicy i nagle poczułem się miałkim piaskiem, i miałem wrażenie, że wszyscy ludzie dookoła patrzą na mnie jak na piasek w szklanej klepsydrze, czekający aż ją ktoś odwróci.

poniedziałek, 27 maja 2019

mam szczęście do pecha

Każdy człowiek ma w życiu pecha. To sprawa oczywista. Ale przewidzieć swego pecha, to już sprawa wyższych lotów. A przewidzieć i nie zapobiec to mistrzostwo świata. Wstałem rano. Chce mi się siku. Wiem, że za chwilę zadzwoni telefon. Idę do toalety, zamykam drzwi za sobą. Telefon zostawiłem w pokoju na stole. Otwieram deskę, stoję nad nią. Sikam. Dzwoni telefon. Kurwa!- myślę i sikam dalej. -Wiedziałem, że zadzwoni, a mimo to poszedłem siku i nie przyszło mi do głowy, by nawet zabrać ten cholerny telefon do kibla!. Mam zamiar wyjść po bułki do sklepu. Wiem, że zatrzasnę w pośpiechu drzwi ,a klucze zostaną w mieszkaniu. Zakładam buty, płaszcz, gaszę światło. Wychodzę. Zatrzaskuję drzwi. Kluczyki od mieszkania zostały w przedpokoju na szafce. Kurwa! Wiedziałem, że tak będzie!- zdenerwowałem się. Podobnych sytuacji miałem setki. Urwana sznurówka przy bucie podczas spaceru, pęknięty pode mną lód na jeziorze, złamana noga po upadku z zepsutego roweru, można wymieniać cały dzień. Poznałem wspaniałą kobietę. Wiedziałem, że gdy się z nią ożenię, to się z nią rozwiodę. Ożeniłem się! I tu nastąpił przełom. Mój pech mnie opuścił! To ona się ze mną rozwiodła!

środa, 22 maja 2019

Recenzja Agnieszki Brewki - książki Złodziej snów

Złodziej snów – Andrzej Syska – Szafrański RECENCJA Polska literatura współczesna zdaje się kurczyć i tłamsić ideę tego, co moglibyśmy określić mianem dobrego pisarstwa. Dziś Czytelnik chcący wybrać książkę, która będzie zarówno wciągająca pod względem sprytnie utkanej fabuły, jak i wartościowa w kontekście językowym lub refleksyjnym – ma spory problem. Bowiem półki księgarni przepełnione są literackim bełkotem, kulturową papką przetwarzającą po stokroć te same schematy, motywy i tematy. Jednakże wśród tego zgiełku literackiej nijakości znaleźć możemy prawdziwe perły – książki Andrzeja Syski – Szafrańskiego. „Złodziej snów” to już druga powieść tego autora, którą mam przyjemność recenzować i muszę przyznać, że znów czuję się spełniona pod względem czytelniczym, jak i poruszona fabułą (a takie wrażenia i emocje są prawdziwym rarytasem na stole współczesnej literatury). Mimo że unikatowy rys fabularny, jak i prezentacja głównego bohatera robią tu wyjątkowe wrażenie, to najbardziej urzekło mnie to, w jaki sposób autor poprowadził przenikanie się dwóch światów: realnego i marzeń sennych lub też swoistych wizji dotykających bohatera. Absurd miesza się tu z realizmem, co w pierwszej chwili intryguje, by po jakimś czasie wręcz irytować. Te wrażenia są jednak bardzo cenne, gdyż pozwalają na przemykanie po kartkach książki z prawdziwym zapałem i ciekawością, by wreszcie odkryć prawdę. Ale czy prawda jest jednoznaczna? Niekoniecznie. Rys postaci głównego bohatera przyciąga uwagę realizmem oraz wyjątkowo subtelnym oddaniem życia wewnętrznego człowieka, który zmaga się z poczuciem doświadczania koszmarów i wizji determinujących życie codzienne. Ciekawym motywem jest tu fakt przemiany bohatera, który niejako za sprawą złych doświadczeń zamiast pogrążyć się jeszcze bardziej w swoim upodleniu, zamiast tego dźwiga się i walczy o nowego siebie. Uwagę w powieści przyciągają także pozostałe postacie, które są wyjątkowo nieszablonowe. Nie sposób generalizować ich charakterów, czy też poczynań. Powieść trzyma w napięciu wywołując przy tym co rusz uczucie zdziwienia aż do ostatniej strony. Muszę przyznać, że do samego końca nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Natomiast samo zakończenie mnie nie zawiodło, bowiem wciąż się nad nim zastanawiam ze względu na jego nieoczywistość. Ponadto autor doskonale prowadzi tu kompozycję językową, która finezyjnie oddaje charakter całej powieści, jak i poszczególnych wątków w niej opisanych. Muszę przyznać, że lektura „Złodzieja snów” pochłonęła mnie bez reszty. Z ciekawością odkrywałam zmagania głównego bohatera z realnością i sennymi wizjami, a także jego swoistą przemianę. Całość zwieńczyło zaskoczenie oraz przyjemne uczucie niedosytu oraz zaintrygowania w postaci niebanalnego zakończenia. Oby więcej tak dobrych powieści wśród naszych rodowitych twórców. Agnieszka Brewka www.sursile.pl